Materiały dotyczące gminy Dębe Wielkie

Aleksandrówka / zabytkowy Dworzec PKP Dębe Wielkie

Linia kolejowa z Warszawy na wschód prowadząca swój szlak przez powiat Miński liczy sobie już 154 lata. Dębe Wielkie były na tej trasie przystankiem. W 1909 roku spłonął pierwotny budynek. Obecny datuje się na 1912 rok.

Znaczenie linii kolejowej jest niebagatelne. Choć dzieli miasta, jak Mińsk Mazowiecki to jednak jest ogromnym motorem napędowym rozwoju. Znaczenie też miały kolosalne w czasie konfliktów zbrojnych i walki o niepodległość. Stacja była świadkiem dramatycznych wydarzeń szczególnie w czasie II Wojny Światowej.

Już 3 września spalony był dwój w Dębem Wielkim, a 7 września kolejne niemieckie bombardowania doprowadziły do przerwania linii. Tory naprawiane były doraźnie przez oddział saperów. Mimo naprawy pociągi nie mogły jechać gdyż potok ludzi pieszo i wszelkimi środkami ewakuując się w kierunku wschodnim całkowicie blokowały przejazd przez skrzyżowanie torów z drogą. Żołnierze byli zmuszeni zatrzymać uciekających, aby przepuścić pociąg.

Tak wspomina wydarzenia z 10 września na stacji w Dębem Wielkim, pan Zbigniew Miękus. Jechał on z matką i ze swoim kolegą pociągiem ewakuacyjnym w kierunku Siedlec.

„Nasz pociąg ewakuacyjny dotarł pod Warszawę. Staliśmy dwa, trzy dni, nim przejechaliśmy na drugą stronę Wisły. Przez te dni byliśmy dosłownie od świtu do zmroku pod bombami. Niemieckie lotnictwo dosłownie pastwiło się nad bezbronną Warszawą. Z dachu naszego wagonu stojącego tuż przed dworcem Warszawa – Zachodnia, widziałem na własne oczy jak Niemieccy lotnicy bezkarnie ostrzeliwali i bombardowali naszą stolicę. W tych dniach Warszawa nie była broniona przez polskie lotnictwo lub artylerię przeciwlotniczą. Jedynie z transportów wojskowych ostrzeliwali się żołnierze z karabinów maszynowych, a widziałem, że poszczególni żołnierze klęcząc na dachu wagonu, w swej bezsilności, strzelali z ręcznej broni. Prawdę powiedziawszy, widziałem dwa czy trzy polskie samoloty jak toczyły walkę powietrzną nad Warszawą. Dużo nie mogli zdziałać. Zestrzelenie jednego samolotu niemieckiego wywołało ogromny entuzjazm u nas chłopców i żołnierzy.

Nareszcie nocą przejechaliśmy przez most na Wiśle w Warszawie. Po minięciu stolicy nasz transport nabrał szybkości. Dojechaliśmy przed stację Dębe Wielkie koło Mińska Mazowieckiego. Pociągi stanęły. Ogłoszono alarm. Trwał nalot niemieckiego lotnictwa szturmowo – nurkującego, tak zwanych „Sztukasów”. Bombardowali stację. Jedna z bomb uderzyła w połączenie dwóch wagonów kolei elektrycznej, podmiejskiej. Dwa wagony pełne trupów! Masakra! Zabici na korytarzu stali, tak byli stłoczeni i poplątani. Z okien zwisały głowy zabitych, osmalonych. Ciekła im krew z ust i uszu. Z wagonów, przez dolne szpary płynęła czerwona struga krwi, na całą szerokość zamkniętych drzwi! W słońcu mieniła się, ta struga krwi, jak rubinowy płat lśniącego jedwabiu wypływający z maszyny farbiarskiej.

Widziałem jak na wysokim peronie skacze na jednej nodze kobieta w szoku, wołając swoje dziecko. Była tak zszokowana, że nie czuła, nie widziała, że ma urwaną nogę poniżej pachwiny. Sanitariusze podjęli ją pod ramiona i położyli na peronowej ławce. Dopiero wtedy zemdlała, straciła przytomność. Zaczęto ją opatrywać, tamować upływającą krew.

Zginęło wtedy bardzo wiele ludzi. Niemiecki lotnik odpalił trzy bomby. Jedna wybuchła przed pociągiem, na wysokim peronie, druga w złączeniu dwóch wagonów, a trzecia za pociągiem, w rowie tuż przy torze. W dwóch wagonach byli wszyscy zabici, a w następnych dwóch wielu zabitych, a bardzo wielu rannych od podmuchu, odłamków bomb, betonu, a najwięcej od odłamków szkła z okien wagonów osobowych. Był to widok makabryczny! Tylu zabitych, rannych i okaleczonych na całe życie. Wielu straciło oczy od rozbitego szkła.

Ksiądz w komży, blady jak chusta, błogosławił umierających, udzielał z sanitariuszami i harcerzami pomocy, opatrywał rannych.

Chciałbym zaznaczyć, że po przejechaniu Wisły nie widzieliśmy już prawie wojska. Również na stacji ani w jej pobliżu nie było nawet jednego żołnierza w mundurze. Dużo makabrycznych scen w życiu, w czasie tej wojny widziałem, ale takiej masakry bezbronnych ludzi nie widziałem. Widok ten nie tylko u mnie wywołał torsje. Byłem chory, obolały kilka dni. Do dziś ten widok „stoi mi w oczach”.

Trzeba odszukać tych lotników i surowo ich ukarać za tę zbrodnię. Widziałem, nie jeden raz, jak niemieccy lotnicy strzelali z broni maszynowej do stert słomy, w których chowali się cywile, dzieci z rodzicami. Widziałem z dachu wagonu, jak uganiali się za przerażonymi, uciekającymi po polu kobietami, trzymającymi za ręce swe maleńkie dzieci. Strzelali do nich, zniżając się do nich bezkarnie na kilka metrów nad ziemią. Wprawiali bezbronnych ludzi w bezgraniczny przestrach. Po prostu urządzali sobie zabawę w polowanie na ludzi. Widzieli bardzo dokładnie, jaki sobie obrali cel do swych zbrodniczych zabaw. Może dlatego po tych wypadkach przestałem marzyć by zostać lotnikiem.

W naszym transporcie było tylko dwóch śmiałków, którzy w czasie nalotów nie uciekali pod wagony lub w pole, lecz wdrapali się na dach wagonu, gdzie było dużo widać. Tymi śmiałkami był mój kolega Stanisław Deryng „Wójo” i ja. Matki błagały nas byśmy się schronili pod wagony lub do rowu. Zauważyliśmy jednak, że bardzo dużo rannych było od odłamków kamieni, żelaza lub szkła. Uciekinierzy i żołnierze załatwiali swe potrzeby fizjologiczne pod osłoną wagonów. Wokół torów i na samych torach było bardzo brudno. Jak my to mówiliśmy „brzydko pachniało”. Na dachu natomiast było czysto, widno. Daleko było widać co się wokół działo. Niemieccy lotnicy tak nisko latali, że rozpoznawałem ich rysy twarzy w kabinach ich samolotów. Widoczność mieli bardzo dobrą, nikt im nie przeszkadzał. Widzieli dokładnie do kogo prowadzą ogień.”

Fot. Archiwum Gminy Dębe Wielkie oraz Piotr VASCO Wasilkowski, autorem tekstu Bogdan Kuć